środa, 20 lipca 2011

Inglot część VII

Czas na kolejną część cyklu. Trochę mi to zajęło, ale myślałam, że po powrocie z urlopu będę miała więcej czasu na zajęcie się blogiem, a tu klops, bo pracy mam coraz więcej i więcej. Ale z drugiej strony to całkiem dobrze, będę miała fundusze na nowe kosmetyki.:)

W tej części będzie mowa o pudrze i różach, na zdjęciach pojawi się również kilka cieni, ale o nich była mowa w poprzedniej części.:)

Zapowiedź
Część I
Część II
Część III
Część IV
Część V
Część VI

Jeśli chodzi o pudry i róże, to zarówno jedne jak i drugie nie są moimi ulubieńcami. To znaczy, nie są to produkty złe, wręcz przeciwnie, ale w tym przedziale cenowym można znaleźć lepsze opcje.:)
Co jest w nich dobre, na pewno cena, dość przystępna. Ja swoje kupowałam akurat w promocji, ale regularne ceny wkładów do paletek wyglądają tak:

 Puder prasowany AMC 28zł
Puder prasowany 21zł
Róż AMC 20zł
Róż 15zł


Drugi plus, to możliwość skomponowania paletki, tak jak w przypadku cieni, ale może być to tez minus dla osób które używają stale jednego różu czy jednego pudru, ponieważ nie istnieje mała paletka mieszcząca np sam róż, albo nawet puder z różem, pozostaje (droższa) opcja kupowania produktów w standardowych, pełnowymiarowych, oddzielnych pudełkach.


Minusy:

Pylenie - masakryczne!
Wystarczy pacnąć pędzlem puder a jego pyłek jest dosłownie w całym pudełku a zdaża się nawet że wyląduje na czarnych eleganckich spodniach, co może popsuć przygotowania do wyjścia. Za to swatch'ując, obojętnie czy to róż, czy puder, palcami, produkt zachowuje się bardzo fajnie, konsystencja jest jakby satynowa, no ale kto nakłada puder palcami? ;)

Wydajność, która wiąże się z pyleniem, jako że połowa produktu rozpyla się w powietrzu, na spodniach i we wszystkich innych nieodpowiednich do tego miejscach, szybko się zużywa. Mi wystarczył miesiąc (nie codziennego) używania pudru żeby zobaczyć dno.

Trwałość - raczej kiepska. Puder bez poprawek nie wytrzyma na pewno. Róże trochę lepiej, ale szału nie ma.

Pigmentacja - Puder jest ok, róże mają dość mocną pigmentację, przez co łatwo zrobić sobie placki na twarzy i ciężko jest je potem wyrównać.

Kolory, ale to akurat nie jest wina producenta, bo gama kolorystyczna w Inglocie jest tak duża że każdy znajdzie coś dla siebie, ja na swój kolor jeszcze nie trafiłam.




Puder nr 55 - Swatchy prawie nie widać, ale to chyba dobrze, bo puder ma się stapiać z odcieniem skóry.:)




Róż nr 96 - ładny różyk dla bladolicych, Dla mnie zdecydowanie za jasny i za zimny, na dodatek posiada wkurzające i świecące drobiny.
   Róż nr 99 - Dość ładny kolor, lekko satynowe wykończenie, ale na mojej twarzy wydaje mi się być trochę zbyt pomarańczowy.
Róż nr 81Taka typowa cegiełka, również lekko satynowy, dla mnie trochę zbyt zdecydowany.

Podsumowując, mimo iż jestem zagorzałą fanką Inglota, pudrów i róży nie polecam, maja zdecydowanie więcej minusów niż plusów. Ale zastrzegam sobie możliwość zmiany zdania, być może nastąpi to wtedy gdy znajdę róż w kolorze który pasuje mi idealnie.:)


Pozdrawiam, mam nadzieję, że niedługo znów znajdę czas by napisać kilka słów, niestety praca mnie wykańcza.:)

3 komentarze:

  1. a ja mam róże i uważam je za świetne :D

    niezła ta cała Twoja kolekcja cieni INGLOTa :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Róż 96 jest przesłodki, prawdziwy lukier jakie uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. 96 śliczny*.*

    Zostałaś otagowana http://anonimowoopieknie.blogspot.com/2011/07/tag-one-lovely-blog-award.html :)

    OdpowiedzUsuń